To historia niezwykłej wyprawy rowerowej. Przez osiem i pół miesiąca trzech śmiałków przemierzyło ponad 13 tys. km z Kairu do Kapsztadu. Wyprawa trwała od listopada 2009 do lipca 2011. Zapraszamy do lektury

Konkurs na blog roku 2009
więcej o wyprawie i więcej zdjęć na www.welocypedy.pl
Blog > Komentarze do wpisu
Krótko pojęczę...

Przyszła pora na chwilę słabości. Dotychczasową papkę kulturalno – turystyczną zastąpi w tym tekście skarga na Afrykę. Wydawać by się bowiem mogło, że wszystko jest świetnie, drogi znakomite, krajobrazy piękne, a my pełnią sił chłoniemy to wszystko i relacjonujemy. Tymczasem w istocie mamy już serdecznie dosyć. Ten tekst będzie bez zdjęć, poza jednym, Mariuszowym, bo – żeby nie było za pięknie – zepsuł mi się aparat, a to nie poprawiło mi przecież humoru. Dopiero za parę dni przywiozą mi nowy, który w tej sytuacji muszę kupić i sprowadzić z kraju. Niestety Canon nie zechciał mi nowego podarować.

Dotarliśmy wreszcie do Gondaru, upragnionego i wymarzonego. Niestety nie daliśmy rady spędzić tu świąt Bożego Narodzenia. Przyczyna jest prozaiczna – jesteśmy przemęczeni. Zastanawiałem się, dlaczego właściwie – bo przecież przemieszczanie się po Sudanie okazało się znacznie łatwiejsze, niż zakładaliśmy – wszak zamiast wielodniowego przedzierania się przez pustynne drogi śmigaliśmy po równiutkim asfalcie. Dopiero dłuższe myślenie mnie oświeciło, że myśmy w Sudanie zrobili o tysiąc kilometrów więcej, niż chciał pierwotny plan. Mieliśmy bowiem przez bezdroża dotrzeć do Dongoli (400 km), a stamtąd samolotem przelecieć do Chartumu. Potem zostałoby jeszcze 600 km do granicy i fajnie – mamy miesiąc na przejechanie tysiąca km, zostaje sporo czasu na dodatkowe samochodowe wycieczki do zabytków w Karimie i Meroe. A tymczasem – drogi dobre, więc jedziemy. I tak z Dongoli pojechaliśmy dalej wzdłuż Nilu do Karimy (370 km), potem 320 do Atbary i kolejne 330 do Chartumu. Dużo oszczędziliśmy pieniędzy na samolocie i na ewentualnych wycieczkach, mamy też satysfakcję z przejechania całej trasy na rowerach, ale przypłaciliśmy to koszmarnym wyczerpaniem fizycznym i psychicznym. Od Luksoru nie zdarzyło nam się spędzić dwóch nocy w tym samym miejscu. Co rano pakowanie sakw, ruszamy w trasę, cały dzień pedałujemy, wieczorem rozbijamy obóz, śpimy.

Ostatni tydzień przed przybyciem do Gondaru był naprawdę straszny. O usterkach i problemach zdrowotnych wiecie już z poprzedniej relacji. Nazywając rzeczy po imieniu – a zakładam, że oczekujecie rzetelnej relacji – permanentna biegunka nieustająca po czterech tabletkach stoperanu, wymioty, gorączka – każdy na swój sposób odreagowywał przejechanie z krajów arabskich do prawdziwej Afryki (chyba najbardziej odporny okazał się Rysiek). Pojawiły się bowiem problemy z wodą – zniknęły wszechobecne dotąd sabile (udostępniane publicznie w ramach muzułmańskiej gościnności zbiorniki z wodą), woda ze studni w wioskach ma niekiedy odrażający kolor, smak i zapach, nie jesteśmy w stanie filtrować takich ilości wody, jakich potrzebujemy, gdyż zajmuje to zbyt wiele czasu, a w małych wioskach nie da się kupić wody butelkowanej, poza tym pieniądze były na ukończeniu. Pijemy więc wodę ze studni, nawet jeśli jest pomarańczowa. Ale przecież nie pozostaje to bez wpływu na nasze organizmy. Chorujemy, słabujemy, wleczemy się kilometr za kilometrem wbrew wiatrowi i wznoszeniu terenu. A czasu do wygaśnięcia wiz coraz mniej – zrazu liczyliśmy, że dotrzemy do granicy 21 grudnia, by na wigilię stanąć w Gondarze i spędzić ją prawdziwie świątecznie. Po pustynnym i drogim Sudanie, w którym od pobytu w Chartumie właściwie biedowaliśmy (dolary się skończyły, a tutejsze bankomaty nie obsługują kart międzynarodowych – amerykańskie czy ONZ-owskie sankcje), Etiopia jawiła nam się jako miejsce dobrobytu i wszelkiej obfitości, a już Gondar był w naszych wyobrażeniach krainą mlekiem i miodem płynącą. Widzieliśmy się w myślach, gdy na granicy siedzimy w barze i pijemy piwo, od którego w Sudanie byliśmy odcięci, bo przecież prohibicja. Tymczasem zamiast założonych 80 km dziennie robimy 70, 60, 50. Teraz liczy się już tylko ważność wizy. W końcu w ostatnim możliwym terminie dowlekliśmy się do przejścia granicznego.

Boże Narodzenie w tej sytuacji smutne – przyszło nam je spędzić w drodze, bez żadnego dobrobytu, w warunkach iście stajenkowych. Taśmą klejącą przytwierdziliśmy do krzaka bombki (zebrane na pustyni owoce jakiejś rośliny), zapaliliśmy świeczki, zjedliśmy żurek z proszku i gotowaną kapustę, zaśpiewaliśmy kolędy i spać. Prezentów nie było – ani gdzie, ani kiedy, ani za co kupić. Kolejne dni świąt spędziliśmy w siodełkach w drodze do Gondaru. Warunki drogowe kiepskie. Na większej części drogi jest już asfalt, ale zdarzają się długie odcinki, gdzie jedziemy po gruzie lub piasku. I cały czas wznosimy się – 800, 1000, 1500, 2000 m.n.p.m. Podjazdy są oczywiście przedzielone zjazdami do przecinających płaskowyż dolin, więc nie wystarczy raz podjechać (lub podprowadzić stukilogramowy rower po piasku), bo za krótkim (zbyt krótkim!) zjazdem droga znów wznosi się o kilkaset metrów w górę. Jak na kolejce górskiej.

Ostatnie 30 km podjeżdżamy samochodem. Nie mamy siły jechać dalej, a jeśli byśmy pojechali, to kosztem zaplanowanego dwudniowego odpoczynku w Gondarze. A ten nam się należy.

poniedziałek, 25 stycznia 2010, wyprawa_afryka