To historia niezwykłej wyprawy rowerowej. Przez osiem i pół miesiąca trzech śmiałków przemierzyło ponad 13 tys. km z Kairu do Kapsztadu. Wyprawa trwała od listopada 2009 do lipca 2011. Zapraszamy do lektury

Konkurs na blog roku 2009
więcej o wyprawie i więcej zdjęć na www.welocypedy.pl
RSS
sobota, 30 stycznia 2010
Darfur i Juba

Wjechaliśmy do Etiopii przed niemal miesiącem, a ciągną się za nami jeszcze niedokończone wątki. Głównie z powodu braku dostępu do internetu, który działa w Etiopii koszmarnie wolno i na dodatek trudno go znaleźć. A drugi powód, i teraz myślę, że może i bardziej istotny, jest taki, że gdy było nas siedmioro/ośmioro, naprawdę trudno było znaleźć czas na pisanie tekstów, a nawet na skończenie tych zaległych. Kto już wie, ten wie, kto nie wie, niech się dowie, że w wyniku paru ostrych spięć międzyludzkich od dziś jedziemy we trzech – Rysiek, Mariusz i ja, natomiast Aron jutro wraca do Polski. Historia jest długa i zawiła i nie jest to miejsce na wyjaśnianie. Zainteresowanych odsyłam do naszej www.welocypedy.pl. Nie wiem, czy Aronowy blog będzie kontynuowany, ale na nas spada teraz ciężar relacjonowania codziennych wydarzeń. Co kilka dni będziemy przesyłać albo nawet sami zamieszczać sprawozdanie. A teraz ostatni temat sudański.

Przez ostatnie tygodnie pisaliśmy o Sudanie raczej pozytywnie, opisując, cośmy widzieli, słyszeli i przeżyli. Jest to kraj, w którym żyją normalni ludzie, mający swoje problemy i klepiący swoją biedę, pragnąc przede wszystkim żyć w pokoju. Ci ludzie są dumni ze swojego kraju, często zaraz po powitaniach padały pytania: czy wam się podoba w Sudanie? i trudniejsze: co wam się podoba w Sudanie? Odpowiadaliśmy, że tak, podoba nam się, że ludzie są przyjaźni, a krajobrazy piękne.

Nie sposób jednak nie wspomnieć o drugiej stronie medalu. Bowiem na hasło „Sudan” przeciętnemu człowiekowi w Europie zapala się lampka ostrzegawcza. Przed naszym wyjazdem media donosiły o nowej odsłonie wojny na południu kraju, poza tym każdy słyszał coś o wojnie w Darfurze, o uchodźcach i o studniach budowanych przez Polską Akcję Humanitarną. Uznałem, że moja wiedza o tych problemach jest mimo wszystko bardzo ograniczona, postanowiłem więc przejrzeć nieco materiałów prasowych oraz doniesień organizacji międzynarodowych i pozarządowych, a następnie skonfrontować z tym, cośmy w Sudanie widzieli i słyszeli. Rozmawianie na tematy polityczne nie jest dobrze widziane, przewodniki odradzają wściubianie nosa zbyt głęboko w drażliwe sprawy. Może się skończyć nieprzyjemnościami, bo tajniaków jest pełno, a obcokrajowcy są niewątpliwie bardziej obserwowani niż lokalni mieszkańcy. Niemniej jednak zdarzało nam się zamienić dwa słowa z tym i z tamtym i jakoś to sobie logicznie poukładać.

Juba

Juba to miasto leżące nad Nilem Białym daleko na południu Sudanu. Jego nazwą określa się również całą okoliczną prowincję zamieszkałą głównie przez ludność murzyńską wyznającą religię chrześcijańską. Konflikt w tym regionie, jak zresztą większości innych konfliktów etnicznych w Afryce, jest pokłosiem kolonialnego podziału kontynentu. Granice kolonii wyznaczano w sposób arbitralny na zasadzie porozumienia między mocarstwami, często po prostu przykładając linijkę do mapy, bez uwzględnienia warunków etnicznych czy religijnych. Jak długo wszystkich łączyła niechęć do Anglików czy Francuzów, spory lokalne pozostawały marginalne. Nie bez znaczenia były też możliwości techniczne – dopóki broni palnej, a zwłaszcza maszynowej było niewiele, dopóty spory o krowę czy zemsty rodowe rozstrzygano, jak dawniej, za pomocą włóczni, zachowując stosowne proporcje. Jednak wybijające się na niepodległość od lat 50 XX wieku państwa afrykańskie zachowywały dawne granice, a jednocześnie jedne ludy, rody, szczepy lub frakcje narzucały innym swoją władzę w sposób daleki od pokojowego. Szczególnie istotne strategicznie były tereny, na których znajdowały się bogactwa naturalne, dotychczas eksploatowane przez koncerny europejskie. Zaczęły się wojny o diamenty, o złoto, o ropę. Jednocześnie broń palna stała się łatwo dostępna dla każdego.

W niepodległym od powojnia Sudanie islam uzyskał status religii państwowej. Prawa innowierców zaczęto drastycznie ograniczać. W 1955 r. w Jubie wybuchł bunt przeciwko rządom arabskich muzułmanów z północy. Żądano uznania autonomii południa, zmiany statusu religii państwowej oraz równouprawnienia politycznego. Po osiemnastu latach starć zbrojnych udało się te cele częściowo wywalczyć. Jednak po kolejnych dziesięciu wojna rozgorzała na nowo, gdyż porozumienie nie było przez Chartum respektowane.

W sumie wojna na południu Sudanu trwa już 55 lat. W 2005 r. zawarto porozumienie, w wyniku którego w przyszłym roku ma odbyć się referendum w sprawie oddzielenia południowej części kraju. W wyniku działań wojennych śmierć poniosło ok. 2 milionów osób, swe domy porzuciło ok. 4 milionów, a ok. 350 tysięcy z nich znalazło się w obozach dla uchodźców w państwach ościennych, głównie Kenii, Kongu, Czadzie i RŚA. Przewiduje się, że ok. 140 tysięcy z nich zdecyduje się na powrót w wyniku zawartych porozumień pokojowych. Wiele czasu zajmie przywrócenie zacofanej prowincji do jako takiego stanu, pracują nad tym organizacje humanitarne, w tym PAH, która prowadzi tam szkolenia zawodowe.

 

Myśmy do Juby nie dotarli, nie leżała na naszej trasie, poza tym obcokrajowcy potrzebują specjalnego pozwolenia na podróż w tamte okolice. Ale w miastach północnego Sudanu natykaliśmy się wielokrotnie na uciekinierów z południa. Różnią się oni, także wizualnie, od zarabizowanych mieszkańców północy, wyznają chrześcijaństwo i z tych powodów są przez miejscowych traktowani gorzej – co najwyżej jako tania siła robocza. Mieszkają w podmiejskich slumsach. Trafiliśmy raz na takie przedmieście w Dongoli w poszukiwaniu zakazanego w Sudanie alkoholu. Zakaz jego produkcji jest powszechnie łamany również przez muzułmanów, ale nas skierowano właśnie na „bandżeri” (nie wiemy, co to słowo znaczy, ale wielokrotnie używano go w kontekście przedmieścia – slumsu). Było to chyba jedyne miejsce w Sudanie, gdzie nie czułem się całkowicie bezpiecznie. Domy były sklecone naprędce z byle czego, pozbawione jakiejkolwiek infrastruktury technicznej. Bieda straszna, dzieci nie chodzą do szkół, dorośli poza nielicznymi nie pracują. Zamieniliśmy z nimi tylko kilka słów, bo raz, że musieliśmy ruszać w dalszą drogę, a dwa, że przyjechaliśmy w celu nielegalnym i należało się szybko uwinąć. Potwierdzili, że pochodzą z Juby, zresztą potwierdzały to również ich chrześcijańskie imiona – Josif, Matias.

W Chartumie rozmawialiśmy z księdzem katolickim, który opowiedział nam o dyskryminacji chrześcijan przez władze Sudanu. Dyskryminowani są przede wszystkim czarni, podkreślał. Tydzień przed naszym pobytem jeden z niezależnych ruchów politycznych z południa próbował w pokojowy sposób przekazać petycję parlamentowi, ale zanim doszli do gmachu parlamentu, zostali zatrzymani, poturbowani i aresztowani przez policję i wojsko. Jadąc do Omdurmanu mieliśmy okazję przyjrzeć się ogromnej mobilizacji wojska i policji – ksiądz wszystko wyjaśnił – akcja przekazania petycji miała być akurat tego dnia powtórzona.

W polskiej prasie pojawiła się niedawno informacja o skazaniu w Chartumie 16-letniej chrześcijanki na karę 50 batów za noszenie nieobyczajnej spódnicy (do kolan). Parę miesięcy wcześniej sudańska dziennikarka trafiła do więzienia za noszenie spodni w miejscu publicznym. Obie sprawy miały niewątpliwie charakter czysto pokazowy, widzieliśmy bowiem i w Chartumie, i nawet w mniejszych miastach kobiety noszące spodnie lub krótkie spódnice, i nie wzbudzało to  protestów przechodniów ani policji. W przypadku dziewczynki na wydanie wyroku zapewne zaważyła jej religia, w przypadku dziennikarki chodziło być może o zastraszenie mediów. Pokazuje to, jakim w rzeczywistości krajem jest Sudan. Zresztą podobne sprawy mogłyby mieć równie dobrze miejsce w kilku innych krajach Bliskiego Wschodu.

Darfur

W przeciwieństwie do Juby, konflikt w Darfurze w mniejszym stopniu ma podłoże religijne, gdyż spośród ok. 40-80 mieszkających w tej prowincji ludów i plemion znaczna część to muzułmanie, a część z nich jest wręcz Arabami. Większe znaczenie miały tu żądania polityczne – wzorując się na porozumieniu osiągniętym w Jubie, zażądano szerszego finansowania prowincji z budżetu, urzędu wiceprezydenta i stanowisk w sudańskiej administracji. Dwa ugrupowania polityczne zaczęły działania partyzanckie. Chartum, obawiając się secesji Darfuru i rozpadu kraju, zaczął w 2003 r. krwawo tłumić bunt przy pomocy regularnych wojsk i dżandżawidów – plemiennych bojówek, teoretycznie od rządu niezależnych, ale przezeń zbrojonych i tolerowanych. Doszło do ludobójstwa, masowych gwałtów kobiet i dziewcząt, porwań dzieci. Prowincja została spacyfikowana, zniszczono 400 miasteczek, śmierć poniosło ok. 300 tysięcy ludzi, a domy porzuciło ok. trzech milionów, czyli połowa przedwojennej ludności. Porozumienie uniemożliwiały także konflikty pomiędzy walczącymi grupami. Dodatkowo od końca 2005 r. trwa wojna z Czadem.

Działania ONZ i Unii Afrykańskiej początkowo nie przynosiły żadnych efektów ze względu na opór rządu w Chartumie. Wszelkie działania międzynarodowe mógł blokować znany nam już dobrze wielki przyjaciel Sudanu, czyli Chiny, stały członek Rady Bezpieczeństwa. Dopiero w 2007 r. Sudan zgodził się wpuścić na swe terytorium misję pokojową UNAMID (United Nations Mission in Darfur), z ochroną ludności cywilnej jako podstawowym zadaniem. Miała liczyć 26 tys. żołnierzy, głównie z państw Afryki i Chin, i być największą w historii operacją pokojową ONZ. Doszło jednak do opóźnień zarówno w ściąganiu pieniędzy, jak i wojsk, a te które do Darfuru dotarły, są słabo wyszkolone i wyposażone, i przez długi czas były niezdolne do podejmowania jakichkolwiek działań. Dodatkowo Sudan nadal nie przestawał utrudniać działania misji, a niedawno wyrzucił z kraju 13 organizacji humanitarnych działających w Darfurze, podczas gdy 4,7 miliona ludzi jest od ich pomocy uzależnionych. Władze kraju twierdziły, że w Darfurze nie toczy się żadna wojna, a tylko dochodzi do sąsiedzkich sporów o wodę i pastwiska. Odmówiły też podjęcia jakichkolwiek kroków przeciwko odpowiedzialnym za zbrodnie wojenne i przeciwko ludzkości. Haski Międzynarodowy Trybunał Karny rozesłał za kilkoma najwyższymi urzędnikami Sudanu, w tym za prezydentem Omarem Al-Baszirem listy gończe. W ostatnich miesiącach wojna przycichła, ale nie za przyczyną wojsk ONZ, lecz raczej głównie dlatego, że nie ma tam już czego zwalczać. W prowincji zapanowały kompletny chaos, rabunki i anarchia.

Pytaliśmy trochę o Darfur, wszyscy rozmówcy zgodnym chórkiem mówili nam, że problem owszem był, ale już go nie ma, że walki żadne się w regionie nie toczą. Nikt jednak nie chce się wdawać w szczegóły. W kraju widać wiele samochodów należących do ONZ. Widzieliśmy też transporty sprzętu, który ma – mówił nam policjant – służyć odbudowie Darfuru. Drogą przez Etiopię z portów nad Morzem Czerwonym jadą na zachód kraju koparki, walce i inne pojazdy oznakowane literami UNAMID. Policjantowi zapewne nie wolno rozmawiać na drażliwe tematy z obcokrajowcami, a zwykli, szarzy ludzie pewnie nie mają o całym problemie pojęcia. Kraj oczywiście demokratycznym nie jest, prawa mniejszości są tu łamane nagminnie.

Podróżując przez Sudan, korzystając z gościnności jego mieszkańców, naprawdę trudno uświadomić sobie, że kilkaset kilometrów na południowy zachód toczy się konflikt, którego ofiary są masowo pozbawiane domów i zmuszone do emigracji. Warto jednak pamiętać, w jakim towarzystwie się człowiek znalazł: o tym, że Sudan współpracuje blisko z Iranem, od którego przyjmuje broń, by przekazywać je terrorystom palestyńskim. Że Chiny, Wielki Przyjaciel Sudanu, okupują Tybet, a ostatnio krwawo stłumiły protesty Ujgurów. I że niemałe pieniądze, które zapłaciliśmy za wizy i rejestrację, i za wstępy do muzeów wspierają reżim Baszira.

14:34, wyprawa_afryka
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5