To historia niezwykłej wyprawy rowerowej. Przez osiem i pół miesiąca trzech śmiałków przemierzyło ponad 13 tys. km z Kairu do Kapsztadu. Wyprawa trwała od listopada 2009 do lipca 2011. Zapraszamy do lektury

Konkurs na blog roku 2009
więcej o wyprawie i więcej zdjęć na www.welocypedy.pl
RSS
poniedziałek, 23 listopada 2009
De agricultura

Egipt jest z Nilem związany nieodłącznie. Gdyby nie było Nilu, nie byłoby Egiptu. Nigdy nie osiedliliby się tu ludzie. Nie powstałyby nigdy świątynie, piramidy, posągi. Gdyby nagle Nil przestał płynąć, Egipt nie przetrwałby ani jednego dnia.

To wcale nie jest zagrożenie nierealne. W górze rzeki powstają bowiem obecnie dwie ogromne tamy, które zatrzymają część wód nilowych w Sudanie i w Etiopii, zasilając tamtejsze rolnictwo i ratując od głodu miliony ludzi. Ale wówczas wody nie starczy dla milionów w Egipcie. Kto ma większe prawo do tej wody? Jak rozwiązać tę sytuację bez wyjścia?

Gdy jedziemy z Al Minii do Asjut, jesteśmy nieustannie zanurzeni w jasnej,bujnej zieleni – otoczeni polami uprawnymi, palmami daktylowymi porastającymi brzegi kanałów.

Te kanały to majstersztyk techniczny. Wymyślone przez starożytnych, przejmowane i udoskonalane przez kolejne ludy do dziś funkcjonują w ten sam sposób. Z Nilu woda wlewa się do kanałów, szerokich na kilkanaście metrów, których sieć oplata dość gęsto całą dolinę.

Kanały ciągną się kilometrami, wzdłuż nich powstały drogi, rozsiadły się wsie. Nil jest aortą, a kanały są głównymi naczyniami krwionośnymi tego systemu, który umożliwia i podtrzymuje życie w dolinie. Nad kanałami co kilkaset metrów stoją spalinowe pompy.

Dawniej w tych samych miejscach woły, osły lub ludzie obracali kieraty, wprawiając w ruch koła przenoszące wodę na poziom pól uprawnych. Pompy terkoczą i śmierdzą spalinami, ale dzięki nim życiodajna woda płynie całkiem już małymi kanalikami wzdłuż pól. Tu zaczyna się praca człowieka. Pola uprawne to szachownica kwadratów lub prostokątów o kilkunastometrowym boku oznaczonym ziemnym wałem. Te wały trzeba w odpowiednim momencie rozkopywać motyką, by woda mogła zalać określone poletko.

Potem otwór się zasypuje i robi następny, by dostarczyć wodę do kolejnych kwadratów. System jest więc całkiem zmyślny, ale warunkuje go obfitość i taniość wody, bo straty systemu są bardzo duże, spowodowane przede wszystkim parowaniem. Jeśli Sudan i Etiopia zabiorą część wody dla swoich pól, układ nawadniający w Egipcie zostanie tego warunku pozbawiony.

Egipcjanie uwielbiają trzcinę cukrową. W miastach co kilka przecznic jest sprzedawany sok z trzciny, słodki, zimny i orzeźwiający.

Na zapleczu niewielkiego pomieszczenia stoi wielka srebrna maszyna, do której wkłada się długie na kilka metrów łodygi trzciny. Maszyna je prasuje i wyciska, a zielonkawy sok spływa do metalowego wiaderka. Po oderwaniu twardej skóry, wnętrze trzcinowej łodygi można też żuć, któremu to zajęciu młodzi i starzy oddają się z równym zaangażowaniem. Gdy ulicą miasta przechodzi wielbłąd obładowany trzciną, dzieciaki doskakują i wyciągają sobie długie łodygi.

Poganiacz wrzeszczy i odpędza dzieci kijem, ale nie na wiele się to zdaje, dzieci uciekają z łupem, by za chwilę wrócić i ograbić z części dziennego urobku kolejną osobę.

Ale choćby każde dziecko codziennie do bólu żołądka objadało się trzciną, nie spowoduje to większego uszczerbku w uprawach. W okolicach Minii trzcina jest bowiem wszechobecna, jest główną rośliną uprawną. Cała okolica jest opleciona torami kolei wąskotorowej, która niegdyś była wykorzystywana do transportu łodyg do cukrowni – nie wiem, czy to była inwestycja brytyjska, czy późniejsza. W każdym razie dziś tory nie są używane.


W egipskim rolnictwie funkcjonuje bowiem system motykowo – osiołkowy. Na polu podstawowym narzędziem jest nadal motyka.

Żadnej automatyzacji - traktory czasem widać na drodze, ale służą częściej do transportu, niż do pracy rolniczej. Ale podstawą transportu są osły i wielbłądy, na które nakłada się zielone trzcinowe pagórki.

Przy tym zatrważający jest czysto utylitarny stosunek ludzi do zwierząt. Osioł ma pracować, a gdy się do pracy przestaje nadawać, jest porzucany na pastwę losu i zdycha na poboczu drogi. Do zwierzęcia nikt się nie przywiązuje, choćby służył człowiekowi przez lata i tak znajdzie koniec w rowie. Będzie miało szczęście, jeśli psy rozszarpią go po śmierci, a nie przed.

Psów też nikt nie poważa, nikt ich nie karmi. Pies musi wyżywić się sam. Zresztą pies w ogóle nie jest przez muzułmanów szczególnie poważany, ponieważ według legendy ugryzł kiedyś Mahometa. Stada bezpańskich psów włóczą się więc między wioskami skazane na zdobywanie pożywienia bez pomocy człowieka. Widzieliśmy okropny obrazek – sukę zjadającą zdechłego szczeniaka, widzieliśmy jak obżerały się padliną. A na pustyni widzieliśmy cmentarzysko zwierząt, właściwie to nie była nawet pustynia, lecz spora połać piasku między dwiema wioskami. Przejeżdżają tamtędy i przechodzą tysiące ludzi, nikogo z nich nie przeraża widok czaszek i żeber wielbłądów i koni. Nie wzruszają też nikogo zwłoki krów w kanałach – tych samych, z których woda jest używana do codziennych czynności – prania, podlewania pól, kąpieli dawniej również zapewne – do picia.

01:10, wyprawa_afryka
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5