To historia niezwykłej wyprawy rowerowej. Przez osiem i pół miesiąca trzech śmiałków przemierzyło ponad 13 tys. km z Kairu do Kapsztadu. Wyprawa trwała od listopada 2009 do lipca 2011. Zapraszamy do lektury

Konkurs na blog roku 2009
więcej o wyprawie i więcej zdjęć na www.welocypedy.pl
RSS
piątek, 30 kwietnia 2010
Lunatic Express

Jako prawdziwy fan pociągów i wszystkiego, co dotyczy transportu kolejowego, udałem się w Nairobi do muzeum kolejnictwa. Przedstawiono tu nie tylko historię Kolei Kenijsko-Ugandyjskiej, ale w ogóle całych kolei w Afryce Wschodniej. Wyszedłem zachwycony, jak sobie to wszystko Brytyjczycy i Niemcy znakomicie wymyślili! Tysiące kilometrów torów i metalowych podkładów (drewniane zostałyby pożarte przez korniki) były układane ręcznie przez tanich robotników hinduskich. Już w XIX w. w obrębie brytyjskiego imperium istniało więc zjawisko przepływu taniej siły roboczej. Na pierwszy rzut oka wydawać by się mogło, że w Afryce taniej i niewykwalifikowanej siły roboczej nie brakuje, a jednak nawet do tak mało wymagającej pracy zrezygnowano z Murzynów. Spójrzcie na mapy – linie kolejowe budowane od końca XIX w. wdzierały się w głąb kontynentu od wybrzeża – z Mombasy i z Daru. Dwie główne linie dochodziły do jeziora Wiktorii – kenijska w Port Elizabeth, dzisiejszego Kisumu a południowa, niemiecka – w Mwanzie. Druga linia w Niemieckiej Afryce Wschodniej dochodziła w Kigomie do jeziora Tanganika, skąd pływały statki do Rodezji (Zambii) i belgijskiego Konga. A po obu jeziorach kursowały statki, łącząc porty i systemy kolejowe obu krajów. Oczywiście po I wojnie światowej, gdy Tanganikę przejęli Anglicy, oba systemy zunifikowano. Angielski dżentelmen przybywający do Mombasy statkiem z Anglii mógł już w porcie wsiąść do wygodnego wagonu, którym szybko i wygodnie docierał w głąb kontynentu, jeśli trzeba, przesiadając się na równie wygodny statek. W Kenii od głównej linii kolejowej odchodziły odnogi dochodzące wszędzie tam, dokąd dochodziło angielskie osadnictwo – pamiętacie linię kolejową do Nanyuki, o której pisałem w notce o Białych Wzgórzach? Powstała dopiero w 1937 r., a nowe odcinki linii kolejowych budowano w Kenii jeszcze w latach 50. Panowanie nad Afryką miało trwać jeszcze przez wiele dziesięcioleci, nikt nie spodziewał się wówczas roku 1963.

W niepodległej Afryce system szybko przestał działać. Główna linia kolejowa jest użytkowana przez pociągi osobowe tylko na odcinku Nairobi – Mombasa. Na odcinku do Kisumu ruch pasażerski zawieszono w lutym zeszłego roku. Mówią, że ma być przywrócony, ale czy rzeczywiście i kiedy się to stanie, nie wiem. Trochę wątpię.
Największego dzieła Anglicy nie zdążyli dokonać, to znaczy nie połączyli linią kolejową obu krańców swych afrykańskich posiadłości. Linię KK (Kair – Kapsztad) zaplanował Cecil Rhodes, a na przeszkodzie w jej dokończeniu stanęły ciężkie warunki naturalne, trudności z zaopatrzeniem, a także Niemiecka Afryka Wschodnia (ta przeszkoda znikła po I wojnie światowej). Zbudowano długie fragmenty – w Egipcie, Sudanie, Afryce Południowej i Rodezji, ale na ich połączenie czasu już zabrakło. Idea budowy linii transafrykańskiej jest dziś ciągle żywa, mówią o niej w kolejnych krajach leżących na naszej trasie, ale na razie nie ma najmniejszych szans na realizację, zresztą wydaje się, że nie ma zapotrzebowania na transkontynentalne połączenia kolejowe, jeśli coś by należało zrobić, to połączyć pociągami sąsiadujące ze sobą kraje, by ułatwić przemieszczanie się między nimi.
Wracamy do muzeum. Wśród eksponatów wystawiono liczne lokomotywy. Jest wśród nich ta, która „grała” w Pożegnaniu z Afryką, ale która to, tego mi się nie udało zidentyfikować. Natomiast dokładnie jest opisana historia wagonika na zdjęciu. Podczas budowy kolei przez tereny dzisiejszego parku narodowego Tsavo kilkakrotnie atakował budujących lew. Dopóki zjadał tylko hinduskich robotników, problemu nie było, jednak któregoś dnia wszedł do tego wagonu i pożarł nadintendenta kolei. Tego już kolonialne władze wybaczyć mu nie mogły. Wydrukowano plakaty, wyznaczono nagrodę. Polowanie trwało długo, w końcu lwa zastrzelono i przebadano, bo zwykle lwy ludzi nie atakują. Okazało się, że miał jakieś problemy hormonalne. Historia i związane z nią przedmioty są dziś ozdobą muzeum.
Natomiast sama stacja jest jak przeniesiona z dawnych czasów. Stare zegary, tablice informacyjne, skrzynka pocztowa i urządzenia Made in London. Tablica odjazdów pamięta jeszcze czasy, gdy pociągi kursowały w różnych kierunkach, a nie tylko do Mombasy. Nieposiadających biletu na przejazd obowiązują bilety peronowe.

Ponieważ do zaplanowanego pokazu slajdów w ambasadzie zostało nam osiem dni, postanowiliśmy wybrać się nad morze. Oczywiście koleją. Oczywiście trzecią klasą, choć w pierwszej chwili Mariusz wzdrygnął się, słysząc określenie trzecia klasa. Ale mamy dobre doświadczenia z taniego podróżowania po Malezji, więc nabyliśmy bilety (460 ksh – 18 zł), rowery nadaliśmy na bagaż. System działa tak jak w Malezji, dobre angielskie wzorce przyjęły się po obu stronach Oceanu Indyjskiego. Na kilka godzin przed odjazdem rowery zostawia się w biurze na dworcu, a po przyjeździe z podobnego biura się je odbiera. Pociąg rusza punktualnie o siódmej wieczorem. Podróż trwała ponad 15 godzin, dotarliśmy do Mombasy o 10.30 rano. Ale ludzi było mało, Murzyni nie chcieli się przysiadać do wazungu, więc każdy z nas miał dla siebie pryczę, na której mógł się wyciągnąć. Wagon nie ma przedziałów, konduktor w zielonej kamizelce z pagonami przechadza się, od czasu do czasu zagadując ludzi i poklepując po ramieniu. Ostrożnie przechodzi nad wyciągniętymi w przejściu nogami Mariusza, żeby go nie obudzić – wyobrażacie sobie taką sytuację w Polsce? Kościsty, wysoki pan w szarej dżalabii i okrągłej muzułmańskiej czapeczce krąży tam i z powrotem przez cztery wagony trzeciej klasy. Z kieszeni wystają mu butelki z napojami i wodą, w jednej ręce dzierży zwinięty wkoło drut, na który nanizane ma torebeczki z kukurydzą i orzeszkami, w drugiej ręce trzyma wielką torbę z cukierkami i innymi słodyczami. Pociąg jest jego domem, pracuje tak co noc – w poniedziałki, środy, piątki na trasie Nairobi – Mombasa, we wtorki, czwartki, soboty – w przeciwnym kierunku. Co robi w dzień, nie wiem, nie udało nam się dogadać. Nad ranem zasnął na jednej z ławek, ale obudziła go przeraźliwym gdakaniem kura, która na jednej ze stacji wsiadła do wagonu. Podniósł się, zebrał orzeszki i cukierki i ruszył na kolejny obchód.

Za oknem krajobraz zmienił się, pojawiły się palmy kokosowe. Zrobiło się duszniej i parniej. Przejeżdżamy przez małe stacyjki, wysokości n.p.m. podane na tablicach z nazwami miejscowości – coraz niższe. Przedmieścia Mombasy nie robią najlepszego wrażenia – najpierw fabryki, potem wysypisko śmieci pełne uwijających się ludzi wyszukujących, co by się im jeszcze mogło przydać, potem ciągnące się kilometrami stare magazyny, do każdego z nich prowadzi bocznica. Dokładnie takie same widziałem w Nairobi. W końcu przed oknami pojawia się stacja Mombasa – 18 stóp n.p.m. Na dworcu oczekują nas kruki. Jeszcze pasażerowie nie zdążyli opuścić wagonów drzwiami, gdy ptaszyska wepchnęły się przez okna i jęły przeszukiwać podłogi i siedzenia w poszukiwaniu czegoś do zjedzenia.

Linia kolejowa dawniej prowadziła aż do portu tak, by ułatwić przesiadanie się pasażerom przybywającym statkami z Port Saidu lub Kalkuty. Zapragnąłem ją obejrzeć. Dziś ta odnoga jest nieużywana, w każdym razie nie przez pociągi. Natomiast ludzie chodzą tędy stadnie, skracając sobie drogę przez miasto. Dzielnica dochodząca do torów była chyba kiedyś całkiem porządna, sądząc po modernistycznych willach. Dalej ciągną się liczne magazyny, w których dawniej przechowywano towary przybywające statkami z odległych stron świata. Kilka przyzwoicie wyglądających domów z czerwonej cegły zapewne należało do pracowników kolei, rzędy trochę gorszych domów z takiej samej cegły – do kolejowych robotników. Dziś ta okolica to obraz nędzy i rozpaczy. Sic transit gloria mundi. Sterty śmieci, pomiędzy nimi najpodlejsze knajpki, dzieci, kozy. Na torach przysiadła jakaś większa ekipa, rozlewają do kubeczków napój z czerwonego wiaderka. Pomyślałem, że to muzułmanie chowają się przed Allachem, by spożyć zakazane dobra, ale jednak nie – Chodźcie, spróbujcie, to sok palmowy! Posłusznie, acz nieufnie próbuję (na sprawność). Rzeczywiście alkoholu w tym nie ma, chociaż trochę jakby podfermentowane. Smak raczej nie zachwyca. Krzywię się, nowi przyjaciele się śmieją. Namawiają na kolejny kubeczek, ale wymawiam się, siódma już niedługo, pora wracać na dworzec, pociąg do Nairobi nie będzie na mnie czekał.

00:03, wyprawa_afryka
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8