To historia niezwykłej wyprawy rowerowej. Przez osiem i pół miesiąca trzech śmiałków przemierzyło ponad 13 tys. km z Kairu do Kapsztadu. Wyprawa trwała od listopada 2009 do lipca 2011. Zapraszamy do lektury

Konkurs na blog roku 2009
więcej o wyprawie i więcej zdjęć na www.welocypedy.pl
RSS
środa, 30 czerwca 2010
Co wykopały termity...

Botswana składa się głównie z piasku, na którym mieszka kilka plemion San, kilka Bantu i ich bydło. Gdy pod koniec XIX wieku trzech tutejszych wodzów poprosiło królową Wiktorię o protektorat (chcieli w ten sposób uchronić się przed pazernością Rhodesa, który byłby z nich w uczynił Rodezję Zachodnią). Terytoria te nie miały dla Brytyjczyków właściwie żadnego znaczenia militarnego (tyle tylko, że nie wpuszczono tu Bismarcka z sąsiedniej Namibii) ani gospodarczego. Puszczono tędy linię kolejową do Rodezji Południowej (Zimbabwe) i tyle. W rezultacie po uzyskaniu niepodległości Botswana była jednym z najuboższych krajów Afryki. Aż pewnego dnia...

Termity (które wbrew obiegowej opinii wcale nie są mrówkami tylko owadami równoskrzydłymi, podczas gdy uskrzydlone mrówki mają przednią parę skrzydeł większą od drugiej) drążą swe tunele nawet 15 metrów pod ziemią. Przy okazji wydłubują na powierzchnię różne tkwiące pod nią rzeczy, skały, przedmioty, które uznają za niepotrzebne przy budowie swych miast. W ten sposób znalazł się na piaszczystej powierzchni Kalahari niewielki, przypominający kawałek szkła kamień. Nie wiadomo, jak długo tam leżał, zanim w 1972 r. podniósł go z ziemi geolog pracujący dla południowoafrykańskiego koncernu DeBeers i rozpoznał w nim diament.

Dziś pod miastem Jwaneng znajduje się najbogatsza kopalnia diamentów na świecie, a dochody z niej i trzech innych, mniejszych, odpowiadają za 30% PKB Botswany. Wydobywa się tu ponad 30 milionów karatów (karat to 0,2 grama) rocznie, a pieniądze dobrze inwestuje. W przeciwieństwie do kamieni z Sierra Leone i okolic, botswańskie nie stały się krwawymi diamentami, a kraj z jednego z biedniejszych w ciągu 40 lat stał się jednym z najbogatszych w Afryce. Stąd bogactwo, które tak nas zdziwiło, gdy się tu znaleźliśmy. Nie dziwią znakomite drogi, bogato zaopatrzone sklepy, elegancko wyposażone poczty i urzędy, czyste miasta. Dzięki diamentowym dochodom rząd może próbować walczyć z epidemią AIDS – około 30% mieszkańców kraju jest nosicielami HIV.

Kopalnię w Jwaneng udostępniono do zwiedzania. Wprawdzie nie wpuszczają tu nikogo z ulicy, należy zapowiedzieć się telefonicznie, a każdy chętny jest sprawdzany przez stosowne służby – teoretycznie trwa to dobę, ale jak się okazało w naszym przypadku, wystarczyło kilka godzin. I całe szczęście, bo wprawiłoby nas w bardzo zły humor, gdyby się okazało, że niepotrzebnie pedałowaliśmy ponad 100 km z Gaborone (nie udało nam się dodzwonić pod podany numer, a potem skończył się kredyt na karcie, w rezultacie zaryzykowaliśmy wycieczkę). O 8.30 nad ranem stawiliśmy się przy bramie kopalni. Procedury bezpieczeństwa są rzeczywiście wyśrubowane, ileś tam bram, bramek i kontroli, nie wchodzi się we własnych butach, tylko w kopalnianych (może chodzi o jakieś skrytki, zapadnie w podeszwie?), obowiązuje zakaz schylania się, jeśli coś upadnie, należy poprosić o pomoc towarzyszącego pracownika ochrony, a przy wyjściu jest wyrywkowa rewizja. Teoretycznie prawdopodobieństwo zobaczenia diamentu w niebieskiej strefie (do której zostaliśmy wpuszczeni) wynosi 15%, ale niestety nie znaleźliśmy żadnego. Do strefy czerwonej, gdzie jest 100% pewności zobaczenia diamentu, ma dostęp zaledwie kilka spośród 2046 osób zatrudnionych w kopalni.

Wprawdzie dziura w ziemi nie jest największą wydłubaną przez człowieka (ta znajduje się w Kimberley, kilkaset km na południe, relacja w swoim czasie), ale i tak jest imponująca. Dno jest 350 metrów poniżej powierzchni ziemi, na dnie pracują koparki ładujące gruz na ogromne ciężarówki. Inne maszyny drążą w ziemi otwory, do których wlewa się materiał wybuchowy. Co kilka dni - bum! - i kolejna porcja gruzu gotowa do wywiezienia. Codziennie 18 ciężarówek przewozi 90 tysięcy ton gruzu – z tego 80% to odpady, a 20% stanowi diamentonośny kimberlit.

Kimberlit taśmociągami jedzie do kruszarni, gdzie jest tłuczony na piętnastocentymetrowe kawałki, te są czyszczone, prześwietlane, diamenty wydłubywane, reszta jeszcze drobniej kruszona, wydłubuje się jeszcze diamentową drobnicę, śmieci wyrzuca na pryzmy, a kamienie wysyła do Gaboronu, gdzie są sortowane na 15 tysięcy kategorii – według zasady czterech „C”: cut, colour, clarity, carat. Najlepsze są całkowicie przeźroczyste, ale mogą mieć też kolor żółtawy albo brązowawy. A Jwaneng to jedyne na świecie miejsce, gdzie bywają też zielone. Kamienie są potem sprzedawane nabywcom, głównie z Antwerpii, Nowego Jorku, Bombaju i Johannesburga, którzy już wiedzą, co z nimi zrobić.


Na koniec wizyty jednak zobaczyliśmy diamenty, chociaż już straciliśmy nadzieję (ksiądz w mieście powiedział nam, że mieszka w Jwaneng sześć lat, zwiedzał kopalnię dwa razy, a jeszcze diamentu nie widział). Wpuszczono nas do wielkiego sejfu, tam w gablotce leżały kawałki kimberlitu z widocznymi wtopionymi w skałę diamencikami (babies mówią pracownicy kopalni), na tackach wyeksponowano surowe diamenty różnej wielkości (największy znaleziony w Jwaneng miał rozmiary pudełka zapałek, ale pokazują samą drobnicę), a także wielki kawał kimberlitu – czy coś jest w środku – nie wiadomo.

13:26, wyprawa_afryka
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8