To historia niezwykłej wyprawy rowerowej. Przez osiem i pół miesiąca trzech śmiałków przemierzyło ponad 13 tys. km z Kairu do Kapsztadu. Wyprawa trwała od listopada 2009 do lipca 2011. Zapraszamy do lektury

Konkurs na blog roku 2009
więcej o wyprawie i więcej zdjęć na www.welocypedy.pl
RSS
środa, 14 lipca 2010
Jeszcze troche fauny (choc na pewno jestescie tym znudzeni)

Na początek proponuję egzamin z zoologii dla posiadaczy prawa jazdy. Najwyraźniej tutejsi kierowcy muszą dość dobrze orientować się w gatunkach rodzimych stworzeń, które czyhają, by wyskoczyć im pod maskę. Cóż zatem można spotkać na południowoafrykańskich drogach?

Ciekawe czy mają też stosowne znaki dla słoni i żyraf, bo to wszakże zwierzęta bardzo niebezpieczne dla ruchu drogowego. Stanowczo uważam, że w Polsce mamy wybitnie nieurozmaicone znaki drogowe, co świadczyć może o słabej orientacji w zoologii naszych władz albo, co gorsza, całego społeczeństwa. Postulowałbym wprowadzenie przynajmniej następujących...

… albowiem, jak wiadomo wszystkim równie jak ja rozmiłowanych w aktorstwie Czarka Pazury, „żubr, bóbr, k..., łoś, […] – to są zwierzęta, które żyją w Polsce.” A skoro już jesteśmy przy jeżozwierzach, to warto wspomnieć, że są to jedne z najczęstszych ofiar wypadków drogowych w Afryce. Często można natknąć się na porozrzucane przy drodze charakterystyczne biało-czarne kolce. Ciekawe,  że nigdy nie widziałem żadnej innej części potrąconego jeżozwierza – czyżby miało to związek z tym, że ich mięso to jeden z największych przysmaków...? Pośród innych przydrożnych zwłok warto jeszcze wyróżnić licznie pojawiające się czarno-białe łasicowate, nie wiem, czy są to zorille czy może ratele - miodożery, zazwyczaj trudno rozpoznać, a także liczne snaki, czyli węże.

 

A tak na serio, to chcę się jeszcze z Wami podzielić kilkoma fotkami, które udało mi się zrobić w RPA. Gdy publikowałem poprzedni, trzeci wpis o zwierzętach, sądziłem, że będzie ostatnim. A jednak widziałem tego na tyle dużo, że warto je pokazać. Mamy tu zatem na początku trochę drobiu: ibisy, flaminga, strusie (o strusiach jeszcze zamierzam napisać osobny tekścik), niebieskiego żurawia, który jest jednym z symboli kraju, oraz dwie fotki Czapli.

Jednak prawdziwym symbolem Południowej Afryki jest springbok. Tę małą antylopę z charakterystycznym białym i czarnym pasem na boku można spotkać wszędzie – w postaci żywej na polach, farmach, w przydomowych ogródkach, a ponadto w formie przetworzonej – jako dywanik lub makatka – w każdym sklepie z pamiątkami. Dodajmy jeszcze liczne hotele i ulice w każdym mieście oraz narodową drużynę rugby, którym patronuje. Przy okazji dodam, że rugby jest w tym kraju znacznie popularniejsze niż piłka nożna, czyli soccer, w każdym razie wśród białych. Właściwie tylko czarni grają w nogę i wyłącznie w klubach. W szkołach dzieci grają w rugby, hokeja na trawie albo krykieta. W czasie mistrzostw oglądalność meczy wzrosła, ale i tak soccer jest powszechnie uważany za grę nudną i mało dynamiczną (a nie sposób się z tym nie zgodzić po obejrzeniu meczu finałowego MŚ).

 

Oprócz springboka spotkałem w RPA jeszcze kilka innych boków, czyli kozłów, które, prawdę mówiąc, nie bardzo odróżniam, a ponadto trochę większych antylop, zwlaszcza kudu, dużą antylopę z kręconymi rogami i smacznym mięsem, które zaserwowano nam w postaci biltonga oraz lasagne.

Teraz kilka mniejszych stworzeń. Pomimo że jeżozwierz występuje dość powszechnie w całej wschodniej Afryce, nie udało nam się żadnego zobaczyć żywego na wolności. Ale spotkaliśmy jednego zamkniętego w zagrodzie koło motelu, przy którym stanęliśmy na popas. Wcale niełatwo było zrobić mu zdjęcie, nie był skory do współpracy, fukał, chrząkał, warczał, grzechotał kolcami i gdyby nie rozdzielająca nas siatka z pewnością czmychałbym gdzie pieprz rośnie. Przy innej okazji i przy innym hotelu spotkaliśmy prosiaki, które wprawdzie nie należą do okazów fauny afrykańskiej, ale urzekły mnie, więc zamieszczam fotkę. Jak zwie się bydlę na kolejnym zdjęciu, nie mam pojęcia, ale było duże jak pięść, największy owad, jakiego kiedykolwiek widziałem. Dalej mamy jakąś łasicę, widać ich dużo przy drogach, a na ostatnich dwóch zdjęciach góralki, nieduże gryzonie, które w niedużych rodzinnych grupach żyją na skałach i jak widać uwielbiają wygrzewać się na słońcu.

Ale przecież nie przyjeżdża się do RPA, żeby oglądać gryzonie. Główną atrakcją południowego wybrzeża są wieloryby. W lecie (czyli w grudniu) odpływają ku wybrzeżom Antarktydy, a w zimie (czerwiec), gdy kryl (drobne krewetki, którymi się żywią) przemieszcza się ku cieplejszym wodom u brzegów Afryki, Australii i Południowej Ameryki, wieloryby podążają za nim. Wypatrywanie wielorybów jest główną atrakcją miejscowej (białej) ludności w mroźne, zimowe dni. Wydawane są specjalne broszurki, dobrze oznakowany jest nadmorski szlak wielorybi i najlepsze punkty widokowe i rzeczywiście można na nich spotkać liczne grupki uzbrojone w lornetki lub lufy teleobiektywów, czatujące na pojawienie się waleni. Najczęściej występuje waleń właściwy południowy oraz humbak, ale cierpliwi albo szczęściarze mogą też liczyć na orki, delfiny, a nawet płetwala błękitnego, trzydziestometrowego kolosa, największe zwierzę na ziemi, który także czasem zapuszcza się w te okolice. Ale to rzadkość, natomiast na zobaczenie o połowę mniejszego walenia właściwego można liczyć niemal stuprocentowo. Mekką współczesnych wielorybników jest miasteczko Hermanus położone mniej więcej w połowie drogi między Przylądkiem Igielnym a Przylądkiem Dobrej Nadziei. Obwoływacz krąży po ulicach i oznajmia, gdzie ostatnio wieloryby zechciały się pojawić, udziela również szczegółowych informacji przez telefon. Biznes wielorybi kwitnie, jest muzeum, są pocztówki, plakaty, metalowe wieloryby w roli kogutów wskazują kierunek wiatru. Z nietanim, wykwalifikowanym przewodnikiem można wypłynąć na morze statkiem lub nawet kajakiem. Rynek usług przewodnickich jest dobrze chroniony – jeśli wieloryb nieproszony sam podpłynie do naszej łódki, a nie mamy na pokładzie przewodnika, należy bezzwłocznie oddalić się na 300 metrów, w przeciwnym razie grożą surowe kary. Na szczęście całkiem za darmo można się waleniom poprzyglądać ze skał na brzegu. Czasami podobno podpływają do nabrzeża w starym porcie rybackim, żeby podrapać się o falochron, wtedy są dosłownie na wyciągnięcie ręki. Myśmy nie mieli tyle szczęścia, bo był akurat odpływ, ale z klifów kilka zdjęć udało się cyknąć. Niestety trafiła mi się wyjątkowo statyczna parka, która nie chciała ani wyskoczyć z morza (nawet 2/3 wielorybiego cielska może być wtedy ponad wodą), ani zanurkować z ogonem wystawionym na powierzchnię, ani nawet bić ogonem o wodę (o wielorybich umiejętnościach informują tablice ustawione na brzegu, ale znaczenie tych czynności jest nadal niepewne). Tym niemniej kilka fotek zamieszczam.

A następnego dnia kolejna atrakcja. Największa w Południowej Afryce kolonia pingwinów. Niegdyś gnieździły się wyłącznie na wyspach, ale w 1982 roku upodobały sobie nieduży przylądek w pobliżu False Bay, a dziś mieszka tu 4500 ptaków.

I ostatnie zwierzę. Foka przylądkowa. Nie udało nam się ich zobaczyć w bardziej naturalnym środowisku, ale w basenach portowych Kapsztadu czują się równie znakomicie i wcale nie przejmują się bliskością ludzi.

 

 

11:20, wyprawa_afryka
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5