To historia niezwykłej wyprawy rowerowej. Przez osiem i pół miesiąca trzech śmiałków przemierzyło ponad 13 tys. km z Kairu do Kapsztadu. Wyprawa trwała od listopada 2009 do lipca 2011. Zapraszamy do lektury

Konkurs na blog roku 2009
więcej o wyprawie i więcej zdjęć na www.welocypedy.pl
RSS
czwartek, 08 lipca 2010
Dwie rzeki i dwa miasta

Po południu 19 czerwca przejechałem granicę prowincji Northern Cape, a kilkanaście kilometrów dalej – rzekę Vaal. Niesie zadziwiająco dużo wody. Przyzwyczaiłem się do wysuszonych rzek afrykańskich, a tu w południowej Afryce właśnie takich jest najwięcej. Przejeżdża się coraz to przez mosty zaopatrzone w tabliczki z nazwą, ale przewieszone nad korytem suchym jak wiór. Tym większe wrażenie robi więc Vaal. To jest ta właśnie, słynna rzeka, za którą wynieśli się burscy osadnicy, voortrekkers, trekboers, niezadowoleni z rządów brytyjskich w Kolonii Przylądkowej. Za Vaalem, czyli Trans Vaal, stąd nazwa republiki, którą powołali. Prawda, że malownicza rzeczka?

Na ostatnim zdjęciu jest zalew na rzece Vaal. Ten zalew zasila kanał, a kanał z kolei – setki i tysiące innych, mniejszych, które razem tworzą jeden z największych na świecie systemów irygacyjnych. Płynące przez 140 km równolegle względem siebie rzeki Vaal i Harts zainspirowały do nawodnienia tego pustynnego pierwotnie terenu – kogo? A jakże – Cecila Johna Rhodesa, o którym wielokrotnie pisałem już na tych stronach – chociaż zbudowanie go zajęło jeszcze pół wieku po jego śmierci. Wiele działek przydzielono powracającym po II wojnie światowej żołnierzom. Dziś Vaalharts Water Scheme zasila 1280 farm. Rzeczywiście farmy są w tej okolicy ogromne i wyglądają na bardzo urodzajne. A pocięty kanałami płaski jak stół kraj przypomina Holandię – wszak mieszkają tu potomkowie XVII-wiecznych holenderskich osadników. Brakuje tylko wiatraków... Ależ nie, są i wiatraki – i tak samo jak te w Niderlandach służą do pompowania wody, tyle że spod ziemi. Z reklamami namalowanymi na skrzydłach wyglądają ślicznie i stanowią bardzo charakterystyczny element południowoafrykańskiego krajobrazu.

No, na tym ostatnim wcale znowu nie jest tak płasko, ale też to zdjęcie zostało zrobione kawałek dalej. Liczne odnogi i rozgałęzienia rzeki widoczne na zdjęciach dały nazwę miastu leżącemu nieco  niżej – Fourteen Streams, później przemianowanemu na Warrenton na cześć jednego z angielskich generałów z czasu wojny burskiej. To drugie miasto na mojej południowoafrykańskiej trasie, któremu poświęciłem trochę czasu, jest bardzo miłą i spokojną mieściną położoną tuż za rzeką Vaal (tzn. patrząc ze strony, z której jechałem, od północy). Zagadnąłem pierwszego napotkanego człowieka o miejsce na rozbicie namiotu i zostałem przygarnięty do domu, nakarmiony i obwieziony po mieście i okolicy. Warrenton jest dużym (jak na tutejsze warunki) węzłem kolejowym, częścią planowanej kolei Kair-Kapsztad (oczywiście znów Rhodes) W tej sytuacji podstawowym zadaniem w czasie wojny burskiej było utrzymanie węzła i mostu na Vaalu. Zbudowano niewielki fort, który do niedawna (wierzę mojemu gospodarzowi) był zachowany niemal kompletnie, a zbieracze pamiątek przyjeżdżali tu z wykrywaczami metalu i zbierali XIX-wieczne puszki po sucharach. Dziś niestety jest zrujnowany. Ale za to miasteczko jest bardzo ładne, ciche, spokojne i bezpieczne. Oto zdjęcia kilku starych, pięknych domów.

Natomiast miasto Kimberley to oczywiście diamenty. Znów wracam do tego tematu, mimo że męczyłem was nim przy okazji Jwaneng, ale jakoś nie mogę się od niego opędzić. Dowiedziałem się, że w starożytnych Indiach diament nazywano vajra czyli błyskawica i uważano za Wunderwaffe boga Indry, oddalającą zło, a przynoszącą szczęście. W sumie nie zmartwiłbym się, gdyby i mi trochę szczęścia przyniosły. Jeżdżąc rozglądam się pilnie po poboczach, czy coś do mnie nie błyśnie, ale jak dotąd bez skutku, wszystko wyzbierane, a błyskają tylko liczne szkła po Castle i Black Label. Oczywiście znalezienie diamentu wcale nie jest takie proste. Na zdjęciu poniżej jest Big Hole, Wielka Dziura, symbol miasta – największa (i tu muszę uściślić informację podaną w poprzednim tekście poświęconym diamentom) ręcznie wykopana dziura na ziemi. Ma głębokość 215 m, z czego 1/5 jest zalana wodą. I teraz uwaga! Wydobyto z niej 2,7 tony diamentów, ale w tym celu trzeba było wykopać 22500000 (dwadzieścia dwa i pół miliona) ton skał. A ja chciałem znaleźć diament na poboczu! No, ale może jednak się Indra do mnie uśmiechnie, wszak tak się właśnie cały New Rush, diamentowa gorączka, zaczął – że gdzieś nad rzeką Orange jakiś geolog przyjrzał się uważnie kamykom, którymi bawią się dzieci...

No to na początek – Wielka Dziura, trochę jakichś górniczych urządzeń i pierwsza siedziba DeBeers, głównego koncernu diamentowego na świecie (jego współzałożycielem był oczywiście C.J. Rhodes).

Na następnych zdjęciach – ech, stare dobre czasy... - dokument akcji spółki DeBeers, mapy akcjonariatu (gdyby ktoś nie zauważył, mają kształt Big Hole) oraz listy wspólników itp. dokumenty zebrane w tomy i oprawione w wołowe skóry. Moje drogie Koleżanki, drodzy Koledzy Prawnicy! Może warto wrócić do dawnych tradycji i poświęcić trochę więcej czasu (wszak czas to pieniądz), popracować nie tylko nad treścią, ale i nad formą produkowanych kwitów, a do sztuki prawniczej wprowadzić... więcej sztuki?

Teraz kilka zdjęć miasta, którego już nie ma, które jest już tylko muzeum, ale – to ciekawe - od stosunkowo niedawna, bo budynki poprzenoszono na dzisiejsze miejsce dopiero w latach 1960 i 70-tych.

I jeszcze kilka zdjęć z miasta, które jest pełne prześlicznych, starych, wiktoriańskich budynków i to, co tu mogę pokazać, to naprawdę niewielka część tego, co bym chciał. Strasznie mi się Kimberley spodobało. Dodam jeszcze, że było to pierwsze miasto na południowej półkuli, w którym zamontowano elektryczne oświetlenie ulic, pierwsza siedziba południowoafrykańskiej giełdy, pierwszy tramwaj (i ostatni do dziś jeżdżący, choć tylko po trasie turystycznej).

A na zakończenie, żeby się tytuł zgadzał (bo za dużo na ten temat powiedzieć nie mogę, a i zdjęć nie mam, bo ciemno już było) – rzeka Orange, po Zambezi największa w południowej Afryce. Nazwę nadał jej na cześć holenderskiego domu panującego zarządca Holenderskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej i nie ma ona nic wspólnego z kolorem wody. Jest równie historyczna jak Vaal i również użyczyła swej nazwy powstałemu nad nią państwu burskiemu – Orange Free State. Ma 2200 km i płynie z Gór Smoczych w Lesotho do Atlantyku w Namibii. I na tym chyba zakończę, bo nie mam już pomysłu, co pisać, a chcę rano wrzucić ten tekst do internetu.

Buuuu, zdjecie sie gdzies zgubilo. Na razie mogę więc jedynie wesprzeć się zdjęciami cudzego autorstwa. Zdjęcia pochodzą z zasobów Wikimedia Commons.

 

15:29, wyprawa_afryka
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 62