To historia niezwykłej wyprawy rowerowej. Przez osiem i pół miesiąca trzech śmiałków przemierzyło ponad 13 tys. km z Kairu do Kapsztadu. Wyprawa trwała od listopada 2009 do lipca 2011. Zapraszamy do lektury

Konkurs na blog roku 2009
więcej o wyprawie i więcej zdjęć na www.welocypedy.pl
RSS
niedziela, 04 lipca 2010
Ku Kalahari

Tydzień siedzenia bez ruchu w jednym miejscu to stanowczo za dużo. Po dokładnym przestudiowaniu materiałów otrzymanych w informacji turystycznej w Gaboronie zaplanowałem wycieczkę na wschód – w stronę Kalahari. Pustynia Kalahari – brzmi ładnie, ale myląco. Bo mówiąc „pustynia” mamy zwykle na myśli bezkresne pole piasku lub kamieni, ot, coś takiego, z czym mieliśmy do czynienia w Sudanie lub w Maroku. Tymczasem definicja jest inna – jeśli dobrze pamiętam: teren, na którym parowanie wody przewyższa opady. Czyli w skrócie – miejsce bardzo suche, ale o roślinności ani słowa. A na Kalahari jest jej całkiem sporo: są drobne drzewka, są trawy, kolczaste krzaki, wszystko to, co może przeżyć w takim suchym środowisku. Równowaga ekologiczna jest tam bardzo krucha i Botswana bardzo pilnuje, żeby tej równowagi nie zachwiać (tak przynajmniej twierdzi).

Na naszej trasie dróg pustynnych będzie niewiele, właściwie tylko jeden trzydziestokilometrowy odcinek, reszta to asfalt. I całe szczęście. Wycieczkę zaplanowałem na trzy dni, nieco ponad 300 km, na lekkich rowerach powinno się udać. W ostatniej chwili udało mi się namówić Mariusza, ale tylko na dwa i pół dnia, potem wraca.

No to przejdźmy do zdjęć. Pierwszy przystanek: las aloesowy.  Las to oczywiście słowo bardzo względne – tu oznacza grupy aloesów, wysokich na 2-3 metry poutykane między zwykłą roślinnością czyli kolczastymi drzewkami. Żadna rewelacja, ale zobaczyć warto, zwłaszcza jeśli komuś (jak mi) aloes kojarzy się przede wszystkim z kremami oraz z napojami z puszki (skądinąd pysznymi, jeśli ktoś nie zna, polecam – można je kupić w chińskich sklepach albo w restauracjach sushi).

Drugi przystanek: dawna kopalnia rudy żelaza. Zanim w południowej Afryce osiedlili się biali i zdominowali handel masowo wytwarzanymi metalowymi narzędziami, lokalne plemiona radziły sobie z wydobyciem i obróbką żelaza metodami bardziej chałupniczymi. Mapa zalecała nam zatrzymać się i odszukać ślady, gdzie ze skały wygrzebywano kawałki rudy żelaza. Nie znaleźliśmy. Prawdę mówiąc, nawet zbytnio nie szukaliśmy, bo opis miejsca był dość zawiły. Za to pochodziliśmy trochę po skałach. Te góry muszą być bardzo stare, wyglądają tak, jakby ktoś poukładał jeden na drugim ogromne kamienie.

Przystanek trzeci: jaskinia Kobokwe. Legenda mówi, że człowiek o tym imieniu popełnił kiedyś przestępstwo, został ujęty i skazany na śmierć, ale udało mu się zbiec. Pościg ruszył po śladach, które w końcu zniknęły u wejścia do jaskini. Przestępca wszedł do środka i nigdy nie wyszedł. Jaskinia zaczęła więc cieszyć się złą sławą wśród ludu Bakwena. Mówiono, że mieszkają w niej złe duchy. Gdy Livingstone założył wśród Bakwena swą misję, powiedziano mu o jaskini i o duchach. Wszedł do środka, spędził w niej noc, a rano wyszedł cały i zdrowy. Dzięki temu przekonał wodza plemienia, że duchów nie ma, i nawrócił go na chrześcijaństwo.

Koło Molepolole znajduje się miejsce, szeroka kotlina wśród wzgórz, gdzie znajdowała się głóna osada Bakwena. Po dawnej wiosce niewiele pozostało śladów: kilka fundamentów, zrujnowany dom wodzów i cmentarz. Na tym cmentarzu chowano i nadal chowa się wodzów plemienia. Jest tu grób Sebele I (jednego z tych, którzy pojechali z petycją do Wiktorii) i jego następców. Wszystkie groby wodzów są zrujnowane. Pytałem później dlaczego – otóż niedawno zniszczyła je grupa młodzieży, których obecny wódz ukarał za kradzież kozy. - O tak, my Afrykanie lubimy się mścić, to nasza wielka wada.

Temat wodzów warto by nieco podrążyć, niestety udało mi się zebrać tylko trochę informacji, jak działa system wodzów dzisiaj. Po pierwsze dowiedziałem się, że funkcjonuje w systemie politycznym kraju House of Chiefs, Izba Wodzów. Wszystkie sprawy dotyczące ustroju plemiennego, zwyczajów i jeszcze kilku kategorii (nie pamiętam teraz) zanim trafią pod obrady parlamentu, muszą być zatwierdzone przez wodzów. Oczywiście członkowie tej izby nie pochodzą z pięcioprzymiotnikowych wyborów. Po drugie, gdy nasza gospodyni, pani Dudu przyjęła nas na swoje gościnne podwórko, zabrała mnie do lokalnego wodza. Wtedy mnie to bardzo zdziwiło:

- Jaki wódz, nadany przez rząd, wybrany przez mieszkańców?
- Nie, wódz musi być z królewskiej rodziny, wodzem się po  prostu jest.
- Myślałem, że macie tu demokrację.
- Mamy demokrację, bo wódz robi, co mu ludzie mówią.

Aha. W XXI wieku w stolicy jednego z najbardziej rozwiniętych państw Afryki jedziemy pokłonić się jakiemuś reliktowi plemiennego ustroju. Nieważne, że jedziemy mercedesem, że Dudu mieszka w wielkim i eleganckim domu, jej mąż był politykiem rządzącej partii, natomiast wódz mieszka w niewielkiej lepiance z betonowych prefabrykatów. Wódz to wódz, z królewskiej rodziny. Bardzo zmartwiłem się, że nie było go w domu. Przyjęła nas potężna żona wodza, zaprosiła do środka. Wnętrze chatynki urządzonp zbytkownie. Dwie kanapy ustawiono wobec siebie pod kątem prostym, a kwadrat zamknięto dwoma regałami. Na półkach stało ni mniej ni więcej, tylko trzy telewizory, trzy dvd i trzy wieże oraz siedem głośników.

Wzajemne stosunki władzy wodzowskiej i państwowej czasem są dość skomplikowane. Słyszałem o przypadku, że wódz postanowił, że w jego wiosce publiczne picie alkoholu będzie karane chłostą i rzeczywiście w jakimś przypadku taką karę zarządził. Ukarani odwołali się do sądu państwowego, twierdząc, że konstytucja zabrania stosowania kar cielesnych. Kontrargument wodza: Na moim podwórku ja rządzę i jeśli się komuś nie podoba, może spakować zabawki i wynieść się do innej piaskownicy. Werdykt sądu jest oczekiwany lada dzień. Szkoda, że się nie dowiem, jak się sprawa skończyła... A może się dowiem? Napiszę do Dudu z Polski i ją spytam, i zamieszczę stosowny komentarz na blogu. A tymczasem wracamy do tematu Kalahari – oto kilka zdjęć z bezdroży, na które się zapuściliśmy.

Trzeciego dnia Mario wrócił do Gaboronu, a ja kontynuowałem wycieczkę i pod wieczór zawitałem do miasta Kanye. Atrakcją turystyczną jest tu zachowany XIX wieczna kgotla, czyli główny plac miejski, na którym mieściły się najważniejsze urzędy i ośrodki władzy – dom zebrań starszych i dom wodza. Zwiedzanie Kań zostawił na rano i w związku z tym zobaczyłem niewiele, wszystko było zasnute gęstą mgłą. Miasto i kgotla zupełnie wymarłe, bo to sobota, i trzeba przyznać, że było naprawdę klimatycznie. Wszystkie zabytkowe budowle, które zachwala broszurka z informacji turystycznej, są w stanie bardziej lub mniej zaawandowanego rozkładu, więc mgła i pustka chyba tylko dodały im uroku.

I kilka obrazków z życia miasta w mglisty sobotni poranek...

Ostatnim punktem wycieczki było miejsce, w którym niegdyś znajdował się główny ośrodek plemienia Bakwena (tego, o którym pisałem na początku, które później przeniosło się w okolice dzisiejszego Molepolole). A jest to miejsce o tyle istotne, że tu właśnie, nad nigdy niewysychającą rzeką Kolobeng swoją wymarzoną misję założył dr Livingstone. Po tym jak Burowie zrobili tu porządek, a Bakwena wynieśli się na z góry upatrzone pozycje, z wioski nie zostało nic, a z misji - niewiele, zaledwie fundamenty dwóch budynków. Ale jakże ważnych! Były to: pierwszy na terytorium dzisiejszej Botswany kościół, pierwsza szkoła, pierwsza przychodnia lekarska, a do tego pierwsze budynki czworokątne (bo przecież typowe afrykańskie chatki są okrągłe). Przewodnik pokazuje kamień, na którym ponoć dr Livingstone wyrywał zęby (ostatnie zdjęcie). Pytałem go, skąd wiadomo, że to właśnie ten kamień. Tradycja tak mówi – odpowiedział – ja to wiem od mojego ojca, a on od swojego. Musiało się zatem owo wyrywanie zębów nieźle wbić w pamięć ludności, skoro później przekazywano tę wiedzę przez pokolenia. Natomiast te ledwie widoczne kopki na zdjęciu czwartym to groby pierwszych białasów pochowanych w Botswanie – córki Livingstone'a oraz dwóch jego towarzyszy, którzy misyjno-edukacyjno-naukową działalność przypłacili życiem.

00:06, wyprawa_afryka
Link Komentarze (1) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 62